czwartek, 15 grudnia 2016

W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku

– No i gdzie nasza bryka?
– Słucham?
Ładna dziunia z biura obsługi najwyraźniej pracowała tu pierwszy dzień. Choć fakt, że piłowała sobie paznokcie nie świadczył bynajmniej o gorliwości neofity.
– Emmet Speck i Frank Zurax. Krypto-Nite Intergalactic. Mieliśmy tutaj mieć podstawiony w doku numer pięć kosmolot z wypożyczalni – mój towarzysz rzucił niedbale na blat rezerwację, którą odebraliśmy kilka godzin wcześniej w departamencie administracji. Dziewczyna podniosła dokument, wklepała numer rezerwacji na holoklawiaturze i po chwili udzieliła nam wyczerpujących informacji:
– To tamten.
Speck i ja spojrzeliśmy przez wielkie szklane okno na dok numer pięć.
– Gdzie? – zapytałem – Za tym małym gruchotem? Tam chyba nic już nie ma.
– Nie, pani chyba wskazywała dok numer sześć – Speck zbliżył się do szyby przytykając niemal do niej twarz i wskazał nieco oddalony, sąsiedni dok. Tam rzeczywiście stało kilka luksusowych kosmolotów.
– Według numeru rezerwacji to ten – dziewczyna uniosła ołówek, za którym powiodły nasze oczy i ewidentnie wskazała mały, stary kosmolot czwartej generacji.
Chwilę sobie pomilczeliśmy, po czym Speck zdecydował się zabrać głos.
– To musi być jakaś pomyłka. Proszę sprawdzić jeszcze raz. Krypto-Nite Intergalactic. Emmet Speck i Frank Zurax.
– Z „x” na końcu – dodałem.
Dziewczyna westchnęła i wzięła do ręki ponownie naszą rezerwację. Po wpisaniu numeru obróciła ekran tak, byśmy mogli zobaczyć wynik wyszukiwania. Speck niemal położył się na ladzie i zaczął weryfikować dane poruszając bezgłośnie ustami.
– Cholera jasna – mruknął do siebie. – Mamy sporo bagaży. Nie pomieścimy się w tym ustrojstwie.
– Może zadzwonię do Zoe i spróbuję to wyjaśnić? – zaoferowałem się.
– Nie, nie… jasne. Dzwoń. To na pewno jakaś pomyłka. Czy oni wiedzą, że lecimy na biennale? Cholera byłem przeciwny, ale przygotowywaliśmy się do tej imprezy przez ostanie pół roku. Dzwoń Zurax, szkoda czasu.
Oddaliłem się, by mieć nieco prywatności i uruchomiłem chip komunikacyjny. Po chwili usłyszałem w głowie Zoe.
– Co jest Zurax? – ton jej głosu był jak zawsze chłodny i znudzony, jakby chciała powiedzieć „nie da się” lub po prostu „jebcie się tępe chuje”.
– Hej Zoe – postanowiłem zacząć przyjaźnie w nadziei, że uda mi się coś zdziałać. – Słuchaj, pamiętasz tę rezerwację… Lecimy dzisiaj ze Speckiem na biennale i… jest mały problem… – starałem się jak najdokładniej nakreślić naszą dramatyczną sytuację, nie wdając się przy tym w niepotrzebne dygresje.
– Nic teraz nie zrobię Frank – odparła. – Nie wiem, jak to się stało, że dostaliście taki pojazd. Trzeba by zmienić rezerwację i zrobić jakąś dopłatę, a nie ma już w biurze nikogo, kto by miał dostępy do kont firmowych.
Wziąłem kilka głębokich oddechów.
– Zoe, to bardzo ważne. Nie damy rady spakować się do tego kosmolotu, który nam ktoś zarezerwował. Jeżeli nie zmienisz rezerwacji, nie polecimy. Posypią się głowy. I nie będą to nasze głowy.
– Moja też nie – odparła. Słusznie zresztą. Nikt u nas niczego szczególnie jakoś nie egzekwował. – Nie mogę wam pomóc. Musicie się pomieścić w tym, co macie. Może zostawcie część rzeczy w terminalu. Mają tam na pewno jakąś przechowalnię. Ktoś jutro odbierze.
Rozłączyłem się, by nie słyszała plugawej wiązki, którą puściłem w próżnię. Spojrzałem na kosmolot czwartej generacji. Był to mały, słynący ze swej niewygody P-4 o haniebnie niskiej mocy silników. Ktoś, kto zamówił tę maszynę musiał być skończonym kretynem lub sadystą.
– I jak? – Speck wyrwał mnie z miarowego pogrążania się w bagnie nienawiści. – Udało się? Będzie trochę obsuwy zanim dostarczą nam nowy kosmolot.
– Nie będzie nowego kosmolotu – wycedziłem przez zęby.
– Jezu Frank.
– Jebana suka…
– Nic ci nie jest? – Speck poklepał mnie po ramieniu. – Chodź, skoczymy napchać się hot dogami przed rejsem. Rzygam gdy latam o pustym żołądku. No chodź już. Jakoś damy rady.
***
Hot dogi z glistnicą były wyśmienite. Szczególnie z gwiezdnym sosem Generała Praxa. Robili go z mielonej ikry Parksjańskiej wężownicy. Zawsze przepadałem za ostrym żarciem, chodź nigdy nie mogłem tego samego powiedzieć o moich jelitach. Speck przyniósł tacę z dziesięcioma sztukami oraz dwa kubki napoju składającego się w głównej mierze z cukru, kofeiny oraz jeszcze większej ilości cukru i kofeiny. Napój był zimny i mocno gazowany. Bąbelki wylatywały nam nosem, gdy pokładaliśmy się ze śmiechu obgadując kolegów z firmy.
– I on wtedy chwycił tamtego faceta i powiedział „nie wiesz kurwa z kim zadarłeś”…
– Serio? Tak powiedział? W życiu bym człowieka o coś takiego nie posądził – odparłem ładując sobie do gardła kolejną bułę.
– Dobra – Speck podniósł się z trudem od stołu. – Weźmy jeszcze trochę napoju na drogę i ładujmy bety. I tak mamy spore tyły, a tym złomem nie damy rady wyciągnąć rozsądnej prędkości. Skierują nas na pas dla zawalidróg. Dojedziemy na miejsce późną nocą.
– Mam nadzieję, że hotel bukował ktoś inny…
– Nawet kurwa nie mów. Byłem kiedyś na jednych targach i nocowałem w takiej spelunie, że szkoda gadać. Weźmiemy jeszcze cztery puszki na wynos – powiedział Speck do kelnerki, która przyszła po puste tace. – Wyobraź sobie, że pluskwy tam ze ścian wyłaziły. Za dnia pokój wyglądał całkiem spoko, ale jak się położyłem i zgasiłem światło, ściany ożyły. I to jest właśnie kurwa ta sama destrukcyjna polityka, która sprawia, że za chwilę załadujemy się na pokład tego cholernego P-4. Nie wiem nawet, czy to ma jakiś automat. Mam nadzieję, że ma, bo ostatnio ręcznie sterowałem kosmolotem w podstawówce.
Zabraliśmy bagaże na wózek, który za przysłowiowy uśmiech udostępniła nam paniusia z biura obsługi. Ku naszemu zaskoczeniu ładownia okazała się na tyle pojemna, że nasze klamoty zmieściły się bez trudu i zostało jeszcze tyle miejsca, że można by rozegrać mecz w kanibala. Kokpit również pozytywnie nas zaskoczył. Kosmolot był tak stary, że zaprojektowano go jeszcze przed epoką wszechobecnego plastiku i wciskania w każdą wolną przestrzeń elektroniki i bajerów, które w zamyśle tych pojebów miały zwiększyć komfort. Tutaj można było spokojnie rozprostować nogi, a nawet położyć je na desce rozdzielczej. Specka szczególnie ucieszył fakt, że pojazd posiadał autopilota. Mój towarzysz wprowadził odpowiednie koordynaty, wybrał jedną z zaproponowanych tras i zainicjował procedurę przygotowania do startu. W tym czasie ja wygodnie umościłem się w fotelu pasażera, otworzyłem kolejną puszkę napoju energetycznego i uruchomiłem na tablecie nowy odcinek swojego ulubionego serialu o brudnych zagrywkach polityków.
– Kontrola lotów tutaj… cholera, jak my się nazywamy?
– Dok piąty? – odezwał się znudzony głos w głośniku.
– Tak, już momencik. Mam tutaj papiery…
– HUJ-64216 masz moje pozwolenie na uruchomienie siników. Dok jest pusty, otwieram ci śluzę, zabieraj się stamtąd.
– Dziękuję kontrola lotów. Słyszałeś Zurax? Mamy nazwę kodową HUJ-cośtam… Ktoś ma tutaj nieźle nasrane, co?
– Nudzą się, jak u nas.
– Dobra, fajnie jest. Włączymy radyjko, co? – Speck zapiął pasy, ponieważ pojazd wpadł w duże wibracje spowodowane pracą silników. Automat dodawał mocy zgodnie z procedurą startową. Nad naszymi głowami ujrzeliśmy ciemność kosmosu otwierającą się niczym bezkresna, krwiożercza otchłań. Syknęła otwarta przez pilota puszka napoju energetycznego. – Zapnij się, bo może trochę trząchać na początku.
Wolałem nie ryzykować i wykonałem polecenie Specka. Jeśli wierzyć jego słowom, rzeczywiście posiadał jakieś doświadczenie jako pilot. Choć tak naprawdę ciężko było cokolwiek z jego życiorysu poddać rzetelnej weryfikacji. W głośniku usłyszałem jeszcze głos dyspozytora z kontroli, ale kompletnie nie byłem w stanie wychwycić sensu jego słów z powodu narastającego hałasu. Widziałem tylko jak Speck wcisnął kilka guzików, a później wyrwało nas ku otwartej śluzie. Mój tablet poszybował w kierunku ładowni, a ja sam zostałem wgnieciony w fotel, czując jednocześnie, że napychanie się hot dogami przed lotem wcale nie było takim świetnym pomysłem, jak to się wcześniej zdawało. Ciąg silników zmniejszył się z chwilą, gdy oddaliliśmy się od stacji kosmicznej na bezpieczną odległość. Gdy siła, która wcisnęła mnie w fotel zmalała, władza nad przestrzenią przeszła na stronę zerowej grawitacji. Speck odpiął się od fotela i zaczął szybować w powietrzu. Dogonił wielki bąbel napoju energetycznego, który wypłynął wcześniej z jego puszki i zaczął go wsysać, wydając przy tym naprawdę odrażający dźwięk.
– Mógłbyś przestać? – zawołałem czując, jak glistnice podchodzą mi do gardła. – Wyjmij sobie słomkę z torby do cholery jasnej.
– Mój neseserek jest w ładowni.
– To jak już tam będziesz, rozejrzyj się za moim tabletem – ja na wszelki wypadek nie odpinałem pasów. Źle znosiłem brak grawitacji i przypięty do fotela czułem się względnie bezpiecznie. – Jak się potłukł, to ja ci natłukę.
– Nie moja wina Zurax. Starty zawsze tak wyglądają – rzucił beztrosko Speck lecąc w kierunku ładowni. – Widać, że jesteś w tym sprawach zupełnym żółtodziobem. Gdybyś wiedział, co nas czeka, nie trzymałbyś tabletu w rękach w czasie startu. To było naprawdę durne.
– Mogłeś mnie uprzedzić – rzuciłem za znikającym tyłkiem pilota.
Zapanowała cisza przerywana co jakiś czas szumem dopalaczy korygujących kurs. Patrzyłem na gwiazdy i kosmos. Wszystko było tak ogromne i niewyobrażalnie potężne, że w pewien sposób kojące. Trudno wyobrazić sobie, by coś tak pięknego jak kosmos, mogło zawierać w sobie choćby pierwiastek zła.
Tymczasem z ładowni wyleciał mocno rozpędzony Speck.
– Zurax! Zurax! Tam coś jest! Wyhamuj mnie!
Nie udało mi się chwycić nogawki mojego towarzysza (nie wykluczam, że z jakiegoś powodu mogłem nie podjąć w tym celu żadnych czynności). Wbił się twarzą w kokpit, szczęśliwie nie powodując jednak znaczących zniszczeń w aparaturze. Z nosa wydobywały mu się wprawdzie bąble krwi, które natychmiast odlatywały gdzieś w górę, lecz płyta chroniąca delikatne urządzenia elektroniczne, decydujące o naszym życiu, okazała się być solidna.
– Stara, dobra technologia – mruknąłem pod nosem. – Co tam zobaczyłeś?
– Nie mam zasranego pojęcia, ale to był jakiś stwór! Jakaś kosmiczna bestia. Czy da się jakoś zamknąć śluzę pomiędzy kokpitem a ładownią?
– Nie wiem, to ty tu jesteś pilotem – odparłem zgodnie z prawdą.
– Rozejrzyj się po pulpicie. Powinien być tam jakiś przycisk. Ja sprawdzę przy śluzie. Może jest ręczny system zamykania. No ruszaj się. Tam naprawdę coś jest.
W głosie Specka rozbrzmiewała autentyczna panika. Znałem go jednak na tyle długo, by wiedzieć, że świetnie udaje autentyczną panikę, i że czeka tylko na odpowiedni moment, by zacząć się śmiać. Nieczekanie twoje, pomyślałem jadowicie.
– A co jeżeli ta istota potrafi przenikać przez tytan? Jak wytłumaczysz, że znalazła się w ładowni, chociaż wcześniej pakowaliśmy tam swoje bagaże i niczego nie widzieliśmy? Może wniknęła na pokład przez ścianę?
Syknęła kolejna puszka napoju energetycznego. Speck zassał porcję płynu, odbił się od fotelu pilota i poszybował w kierunku śluzy ładowni. Odnalazł niewielką dźwigienkę ręcznego zamykania i zaczął panicznie szarpać się z nią.
– Pomógłbyś mi do cholery!
– Przecież wiesz, że nie mogę się odpiąć. Nafaszerowałeś mnie fast foodem, przyszarżowałeś na starcie, a teraz żądasz, bym opuścił jedyne, bezpieczne miejsce na tej jednostce? Jesteś szaleńcem!
– Zurax do kurwy nędzy! Zginiemy przez ciebie!
– Aaaaaaaa wszyscy zginiemy! – krzyknąłem, a następnie roześmiałem się histerycznie. Spojrzałem na ściskaną w dłoni puszkę energetyka. Skład napoju wyglądał obłędnie i zajmował połowę powierzchni pojemnika. Ile tego mogliśmy wypić? – Sądzę, że zatruliśmy się tym gównem Speck. Dziwnie się czuję. A ty masz halucynacje.
– Odpierdoliło ci? Jakie halucynacje! W ładowni jest obca forma życia! Pewnie ten P-4 lądował wcześniej na jednej z tych dzikich planet i ktoś naniósł na butach grzybów czy jaj jakiegoś paskudztwa. A teraz czeka nas śmierć, jeżeli nie wypniesz się z tego pierdolonego fotela, nie podlecisz tu i nie pomożesz mi zamknąć tej jebanej śluzy!
– Dooobra, już dobra – wypiąłem się i wybiłem pośladkami ku górze. Był to błąd, bo chwilę później zderzyłem się z ekranem, na którym wyświetlał się obraz z wstecznej kamery telewizyjnej. Syknąłem z bólu. Kilka kolejnych kropel krwi rozpoczęło swój lot po kokpicie. – Może potrzeba jakiegoś narzędzia?
– Przy moim fotelu umocowany jest multitool. Weź go.
Oczepiłem narzędzie a następnie wybiłem się od szyby i poszybowałem w kierunku ładowni. Speck przechwycił mnie, zabrał multitoola, z którego wydobył obcęgi i zaczął znów siłować się z dźwigienką.
– Może to trzeba jakoś sposobem? Wygląda dość licho. Jeżeli złamiesz, to na pewno jej nie zamkniemy.
– Jeżeli się nie zamkniesz, to złamię ciebie – rzucił wściekle mój pilot. – Co za pierdolony kretyn projektował ten przełącznik? Przecież tego za chuja nie da się użyć!
– Może tam jest jakaś zapadka? Staram się pomóc.
– A może wepchnę cię do ładowni, żeby zyskać na czasie? – kres możliwości Specka został już dawno osiągnięty. Zatrzymał się na chwilę, by wessać przelatującą obok bańkę napoju i po chwili wrócił do nerwowego szarpania wajchy. – Wracaj do pulpitu i szukaj tam! Musi być jakiś pierdolony przycisk zamykania tej cholernej śluzy. Poszukaj obok przycisku zamykania włazu zewnętrznego. Jest po prawej od chwytaków dokowych.
– A gdzie…
– Na prawo od drążka przepustnicy. To jest to duże, prawie na środku.
Wybiłem się z pleców Specka, powodując tym samym zderzenie jego twarzy ze ścianą, i z gracją baletnicy przebyłem całą długość kokpitu zaledwie w ułamku sekundy, zderzając się brutalnie z przednią szybą. Taki piękny kosmos. Chciałbym, by był cały mój.
Obok przycisku zamykania włazu zewnętrznego rzeczywiście znajdował się jeden nieoznaczony przycisk. Dawniej musiał widnieć na nim jakiś piktogram, ale przez lata użytkowania starł się i teraz był zupełnie nieczytelny. Poinformowałem o tym mojego wściekłego towarzysza. Ten obrzucił mnie spojrzeniem, które mówiło wszystko. Wcisnąłem przycisk, jednak nie nastąpiła oczekiwana reakcja.
– Wciśnij jeszcze raz do cholery! Wciskaj do skutku. Musi w końcu zadziałać.
Po kilku próbach w kokpicie zapaliło się czerwone światło. Na suficie uruchomił się kogut i rozległ się przerażający dźwięk alarmu.
– Co wcisnąłeś!?
– To, co mi kazałeś. Guzik na prawo od przycisku zamykania włazu zewnętrznego – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– Co się wyświetla na konsolecie?
– Wietrzenie.
– Osz kurwa…
Dalej sprawy potoczyły się bardzo szybko. Chciałbym je opisać w jak największej zgodzie z prawdą, jednak istnieją dość słuszne obawy, że prawda ośmieszyłaby nas. Powiedzmy, że spokojnym krokiem udaliśmy się do kapsuły ratunkowej, mieszczącej się na rufie. Speck, używając wprawdzie słów wulgarnych, ale jednak zachowując zimny profesjonalizm, przekartkował instrukcję obsługi, którą wydobył ze schowka w kapsule. Zainicjował program, który wystrzelił kapsułę ratunkową, uruchamiając jednocześnie transmisję sygnału „S.O.S.”.
W P-4 otworzyły się wszystkie możliwe włazy. To, co nie było przytwierdzone na stałe, zostało wyssane w przestrzeń kosmiczną. Jeżeli próżnia dała radę coś rozsadzić, zostało rozsadzone. Jeżeli nie, to przynajmniej zamarzło, pokrywając się białym szronem. Widziałem swój jeszcze działający tablet, który przedryfował tuż przed wizjerem kapsuły ratunkowej. Był dość drogi, a ja zdecydowałem nie wykupywać dodatkowej gwarancji, która obejmowała zniszczenia wynikające z winy użytkownika. Zresztą trudno powiedzieć, czy wessanie w próżnię kosmosu również uwzględniane jest w tego typu gwarancji.
W ładowni prawdopodobnie rzeczywiście było jakieś stworzenie. Jednak my zobaczyliśmy je tylko pod postacią chmury maleńkich kropel krwi, rozlatującej się we wszystkich kierunkach. Osobiście obstawiałbym, że był to jakiś niewielki szkodnik, bądź dzikie, ale niezbyt duże zwierzę.
Ustaliliśmy między sobą, że to, co wydarzyło się w drodze na biennale, pozostaje w drodze na biennale. Jeszcze zanim kapsuła została odłowiona przez Straż Graniczną, ułożyliśmy sobie zgrabną bajkę o awarii. Wersji tej oczywiście nie potwierdziło nagranie z rejestratora pokładowego, jednak ostatecznie nikt w firmie nie dowiedział się, jak było naprawdę.

wtorek, 6 grudnia 2016

Reset (Bartosz Adamiak) - postapokalipsa w rytmie calypso

Dokąd zmierza nasz świat? Odpowiedź na to pytanie nurtuje niejednego. Borykamy się z coraz większymi problemami: agresja Rosji, ekspansja fundamentalizmu religijnego, kryzys Unii Europejskiej i w końcu powrót do nacjonalizmów, który zdaje się być efektem wszystkich wcześniej wymienionych czynników...  Czy świat nieuchronnie zmierza ku zagładzie? Wszystko wskazuje na to, że tak.

Pisarze SF często sięgali po tematykę jaką jest upadek ludzkości. Brało się to przede wszystkim z lęków przed nowoczesnymi technologiami. Przerażenie budził atom. W 1957 roku Nevil Shute opisał zagładę ludzkości w książce "Ostatni brzeg". W czasach zimnej wojny nuklearna zagłada była często przywoływana jako przyczyna potencjalnego końca naszej cywilizacji (końca życia na ziemi - niekoniecznie). Setki książek, dziesiątki filmów i gier komputerowych dotykały już tego tematu, wskazując rozmaite zagrożenia takie jak tajemniczy wirus, zlodowacenie, sztuczna inteligencja czy asteroida (to ostatnie zresztą wydaje się bardzo prawdopodobne zważywszy, w jaki sposób skończyły dinozaury).

W powieści Reset czynnikiem wprowadzającym chaos jest kryzys gospodarczy wywołany tajemniczym incydentem, którego geneza nie zostaje wyjaśniona. Znikają wszystkie wirtualne pieniądze. Rozpoczyna się tzw. "run na banki". W ciągu kilku miesięcy świat pogrąża się w chaosie, a ludzkość pada na kolana i pozostaje w tej pozycji, by przyjmować kolejne ciosy, będące naturalnym następstwem załamania systemu. 

Czy w tej ponurej wizji może znaleźć się miejsce na wino, kobiety i śpiew? Oczywiście nie ma. Ale natura nie znosi próżni. Zaraz znajdzie sobie jakiś czynnik ludzki. W tym przypadku zespół muzyczny Apo-Calypso (grający muzykę calipso), którego członkowie, oprócz balangowania, zmuszeni są walczyć o byt i przetrwanie.